Sonda

W domu ogrzewam:
 

Rozkład jazdy

04.02.2012 godz. 18:00
Piano Bar Maestro Olo Majos

04.02.2012 godz. 21:00
Dj Siwak Sinusoidal Beats

05.02.2012 godz. 15:00
Leniwe otwarcie Art Cafe Kalambur

Kolorowi Ludzie

Rasm Al - Mashan

Wokalistka pochodzenia arabskiego, wychowana w Jemenie i w Polsce, pół na pół. Jej mama jest Polką i wraz z trójką rodzeństwa, niezrównanym dziadkiem i sforą psiaków mieszkają w Lipnicy Wielkiej niedaleko Nowego Sącza.

 

Najważniejsze projekty płytowe:

Chuc Frazier „And the blue rain syndicate” ( płyta wydana tylko na rynku Amerykańskim), Martyna Jakubowicz, Bakszysz „Tabu – Daby”, Kultura de Natura, Soomood, Ando-Buscando, Masala Soundsystem. Od dwóch lat, wraz z dwoma wybitnymi muzykami: basistą grupy Scorpions – Pawłem Mąciwodą i genialnym perkusistą Amu Atmą - nagrywa solową płytę

Przed koncertem zawsze jestem ciężkim kawałem mięsa. Kiedy bucha to światło, kiedy unosi się ten specyficzny zapach na scenie, zawsze ten sam, w momencie kiedy rusza ten dźwięk, często myślę sobie, że chciałbym, żeby tak wyglądała śmierć.

 

AS-SALAM ALEJKUM

Nazywam się Rasm Al – Mashan. Urodziłam się w 1981 roku w Krakowie. Jak miałam sześć lat wyjechaliśmy do Jemenu. Mieszkaliśmy w mieście Aden, na południu.

Byłam wtedy bardzo silną dziewczyną. Jeśli chodzi o Jemen, to najważniejsi byli dla mnie ludzie. Kochałam chodzić tam do szkoły, bo atmosfera była taka ciepła i dobra. Zupełnie inaczej niż w Polsce, tu nie mogłam się odnaleźć. Tutaj dzieciaki nie chcą chodzić do szkoły, a jak ich zapytasz dlaczego, to ci powiedzą: Bo nie! I na tym koniec. Natomiast tam nie mogłam się doczekać kiedy pojadę do szkoły. Atmosfera świetna. Nie było czegoś takiego jak chodzenie – palenie papierosów gdzieś po kiblach, tylko jak mieliśmy przerwy, albo nie było nauczycielki, to chodziliśmy na plaże i graliśmy na bębnach, opowiadaliśmy sobie różne rzeczy, a po sześciu godzinach – koniec lekcji i wracałam do domu. Tak naprawdę poza szkołą nie wychodziłam nigdzie.

Nie było idealne, ale cały czas pomagała mi wyobraźnia. Ta wyobraźnia pracowała cały czas, także byłam raczej szczęśliwym dzieckiem, mimo różnych przejść. Miałam bardzo silną psychikę, bardzo kolorową. Potrafiłam się bawić sama ze sobą. Jeśli tylko miałam muzykę, to byłam najszczęśliwsza na świecie. Dawałam pieniądze kolegom, żeby mi kupowali walkmany na przykład.

Na początku nie miałam magnetofonu, ale potem dostałam od wujka z Arabii Saudyjskiej. Oczywiście magnetofon cały czas nawalał, to wkładałam widelec naciskający na klawisz „play”, bo mi non – stop odskakiwał. Miałam małego walkmana, na którym można było nagrywać, taki stary dyktafon. Jak chciałam nagrywać chórki, to włączałam dyktafon, nagrywałam jeden wokal, potem na drugiej taśmie, na tym starym magnetofonie z widelcem, wciskałam nagrywanie, włączałam jednocześnie i nagrywały mi się już dwa głosy.

Kiedyś zrobiłam sobie sama, ze starego chodzika dla dzieci, tablicę do kosza i grałam całymi dniami. Muzykowałam, pisałam teksty. I tak w kółko.

Tata – Nasser – był geologiem. Zajmował się głównie wydobywaniem ropy naftowej. Pracował w ministerstwie.

Mama – Ewa – pracowała w bibliotece, w tym samym budynku co tata. Z wykształcenia jest historykiem sztuki, ale w jej zawodzie pracy w Jemenie nie było. Mama zrobiła dla mnie bardzo dużo. To jest anioł na tej ziemi. Nigdy mnie nie negowała. W ogóle moja rodzina mnie niesamowicie wspiera. Mam trójkę rodzeństwa: Ahmed – 19 lat, Jasiu, hm, ile ten gówniarz ma lat? 14 – 15, Saba – 17.

Rodzice poznali się w Piwnicy pod Baranami, na Balu Historyków Sztuki. Mama do dzisiaj nie wie jak on się tam dostał, ale jakimś cudem się mu udało. Tata studiował na AGH. Szybko to poszło. W '81-szym urodziłam się ja. Tata wyjechał do Jemenu, tam wybuchła wojna. Był więźniem politycznym. Siedział w więzieniu parę lat i nie mogliśmy się widywać.

Jakoś się wywinął, choć sytuacja była krytyczna, bo już wieźli go na rozstrzelanie. Ojciec przeżył już tyle wojen, że on się już niczego nie boi, a najmniej śmierci.

Ja byłam malutka. Miałam sześć lat jak go wypuścili, był rok ’87-y. Od razu pojechałyśmy do Jemenu. Wszyscy tutaj stukali się w głowę i mówili, że mama robi głupotę, ale ona była nieugięta.

Przyjechałyśmy i jak wysiadłyśmy z samolotu, to nas upał roztopił w drodze do terminala. Straszny skwar. I to była jedyna rzecz, do której musiałyśmy się przyzwyczaić. Z resztą mama ma taką zdolność, że szybko aklimatyzuje się wszędzie. Dla mnie też nie był to jakiś wielki problem.

Poza tym w Jemenie kobiety traktuje się naprawdę dobrze. Tam kobieta traktowana jest z większym szacunkiem niż tu. Nawet moja mama to potwierdzi, choć jest Polką. Tam kobieta nie może być uderzona, nie może być znieważona, nie może być zaczepiana na ulicy. Nie wolną na nią patrzeć w sposób lubieżny. Mama chodziła normalnie ubrana, choć wiele kobiet nosi tu burki (tradycyjne ubranie muzułmańskich kobiet zasłaniające twarz – przyp. autor).

To jest mocno zakorzenione w kulturze, te kobiety tak chcą i koniec. Jest im tak wygodnie. W Afryce kobiety naciągają sobie żelastwem szyję i też to nikogo nie dziwi. Wiesz kobieta w burce to jest symbol Arabii, a raczej piękne czarne oczy, które z tej burki widać. Ja się tam naprawdę czułam szczęśliwa. Dziewczyny chodziły normalnie odkryte w szkole, fryzury miały ładne. Mieliśmy w szkołach uniformy i uważam, że to jest bardzo dobre, bo nie musiałam się martwić co na siebie włożyć. A tutaj dziewczyny codziennie przychodziły do szkoły jak na rewię mody. Tam spodnie khaki i białe koszule.

 

WOJNA

Nie zawsze było różowo. Były koszmary. Chyba największy to wojna. Wiesz, ja wtedy byłam młodą dziewczyną, a takie osoby nie do końca zdają sobie sprawę z wszystkich rzeczy. Miałam czternaście, może piętnaście lat. Był rok ’94-ty. Wybuchł konflikt między południem a północą.

To jest wieczna jatka między tymi rejonami kraju. W Jemenie rządzą nadal plemiona. Nie wiem czy się to kiedyś skończy.

Najgorsza z możliwych wojen, bo bratobójcza. Pamiętam, że miałam mieć egzamin następnego dnia i sobie pomyślałam, kurde, tak nie lubię tej chemii, mogło by się coś stać. No i wykrakałam, bo jeszcze tego samego dnia o 21-szej wystrzelili pierwsze rakiety. Marynarka wojenna. A my mieszkaliśmy tuż przy plaży, instytucji międzynarodowej i koszarach wojskowych, które były bombardowane jednocześnie. Byliśmy w miejscu wyjątkowo nieciekawym. Tato wyszedł i pierwsze co nam powiedział, żebyśmy napełniali galony wodą, bo zaraz na pewno odetną. Była taka masakra, że jak uderzyła rakieta, to wszystkie domy w promieniu kilometra były podziurawione od szrapneli. Kiedy bombardowania się nasilały nasi sąsiedzi zaczęli biegać, szukać samochodów, żeby jak najszybciej stamtąd uciekać. Tak jak staliśmy wsiedliśmy do samochodu i uciekliśmy do krateru. W ogóle Aden jest zbudowany w kraterze wygasłego wulkanu.

Później pojechaliśmy do znajomych ojca. Było to w miarę bezpieczne miejsce, gdyż otoczone było górami wulkanicznymi. Potem rodzice wrócili do domu po nasze ciuchy i poszukać jakiejś drogi ucieczki. Plątaliśmy się po różnych domach, po znajomych. W nocy wylało szambo, w tym upale, leżeliśmy na ziemi, spaliśmy w tym okropnym smrodzie. Moja koleżanka, która też miała matkę Polkę, nabawiła się wtedy tyfusu. Chorowała mocno, prądu nie było, upał czterdzieści stopni. Masakra. Tak w sumie włóczyliśmy się z domu do domu, mieliśmy płynąć ostatnim statkiem. To był statek syryjski, płynął do Djibouti (czyt. Dżibuti – przyp. autor), ale był dopiero po trzech tygodniach. Rodzice pojechali po nasze rzeczy, ale tato się strasznie ociągał. Mama mówiła, żeby się pospieszył, a ja się strasznie bałam o nich. Jak wracali to tuż przed nimi uderzył odłamek z rakiety. Mama mówiła, że zamarli w miejscu i powiedziała ojcu: Jedź, jedź w to samo miejsce, bo dwa razy tam nie uderzy.

Pamiętam , że tego dnia co wybuchła wojna jeszcze raz byliśmy w domu, przypilnować, zabrać jakieś rzeczy. Wracając nagle zobaczyliśmy, że ludzie uciekają w panice. Patrzymy na niebo, a tam leci taka świecąca kula, czyli rakieta i nie wiadomo było w którym miejscu uderzy. Ojciec jak zahipnotyzowany jechał przed siebie, mama mówiła mu, żeby skręcił, a on nic. Wiadomo było, że jak rakieta uderzy, to mogą nas zabić odłamki. Wpadłam w straszną panikę. Pierwszy raz w życiu poczułam, że mogę być martwa. Chwila i już mnie nie ma. Ojciec w końcu skręcił. Jak pierdyknęło stanęliśmy tym autem, żeby najgorsze przeczekać.

Ludzie byli głodni. Była taka sytuacja, z moim kolegą, synem sąsiada. Koło naszego domu rósł dziki pomidor. On, bidulek, chciał iść po tego pomidora, żeby go zerwać i zjeść, ale nawet nie doszedł, bo zabił go odłamek. Padł na miejscu.

Tego dnia jak wracaliśmy po rzeczy do domu, przejeżdżałam koło domu takich dzieciaków, których woził do szkoły ten sam bursiarz co mnie. Tego busiarza to nigdy nie zapomnę. Nazywał się Ammu Ali, czyli wujek Ali. Wyglądał identycznie jak Wyclef Jean (amerykański muzyk i producent – przyp. autor) , miał identyczny głos i śpiewał cały czas Guantanamera. W kółko tylko to. Nie znał żadnej zwrotki tylko cały czas: Guanta-na- mera, oio, guanta-na-mera, na okrągło, cały zadowolony. Miał nawet taką czapkę i mówię wam – odbitka Wyclef Jean-a, to jest ten sam gość! Nie wiem czy przeżył.

No i właśnie jak wtedy przejeżdżaliśmy koło tego domu, chcieliśmy wziąć te dzieciaki, cztery dziewczynki, ale tam była już totalna ruina, nikt tam nie został. Dom zmasakrowany przez rakiety. Totalne zniszczenie, wszędzie martwe zwierzaki, gdzieś tam ludzie porozszarpywani, totalna masakra.

Wcześniej, jak stałam na balkonie u kolegi ojca, widziałam jak młode chłopaki zaczynają uciekać ulicami. Zobaczyłam, że wjechał wielki wojskowy autobus, wypadają z niego żołnierze i robią łapankę na ulicy, zabierają chłopaków. Żona kolegi ojca, która była w dziewiątym miesiącu ciąży wpadła w straszną panikę, że jej syna nie ma. Była też tam taka kobieta do pomocy, służąca – Somalijka. Nazywała się Abra. Ona się uparła, że będzie płynęła z innymi ludźmi jakąś małą łódeczką. Żona przyjaciela ojca mówiła jej, żeby poczekała, będzie bezpieczniej. A ona się uparła, że musi wypłynąć. No i wypłynęła, ale okazało się, że utonęli. Wtedy też, tego wieczoru zaczęło się bombardowanie i zbiegaliśmy na dół do piwnicy, żeby się schronić.

Odpłynęliśmy ostatnim statkiem Mieliśmy się tam stawić o szóstej rano. Od tej szóstej do osiemnastej ładowali nas na statek. Upał był po prostu niemożliwy, a co najgorsze powoli zaczęły się bombardowania na morzu. To był statek z ONZ-u, gdzie potraktowano nas jak zwierzęta. Powiedzieli, żeby wody nie brać, jedzenia nie brać, bo wszystko będzie na miejscu. Nas załadowali koło piątej. Statek był przeładowany o jakieś osiemset pięćdziesiąt, dziewięćset miejsc. Zapełniony totalnie. Załoga miała klimatyzowane, eleganckie kajuty, a my byliśmy na górze, na pokładzie. Okropny upał. Kobiety w ciąży, starsze osoby i małe dzieci miały miejsca siedzące gdzieś w środku, pod zadaszeniem, które było na pokładzie. Natomiast ja się położyłam na burcie. Już mieliśmy wypływać i nagle przyjechała żandarmeria wojskowa i zaczęli mówić, że parę osób jest nielegalnie na tym statku i zaczęło się targanie tych mężczyzn. Kobiety: panika i płacz, nie chciały ich wypuścić. Te żony w końcu wysiadły z mężczyznami, z tymi dziećmi, tobołami i wypłynęliśmy dopiero koło dziewiętnastej, może dwudziestej. Wtedy zaczęli bombardować morze. Szalał statek tak, że ludzie byli pewni, że zatoniemy. Jak tu przepłynąć tę drogę?

Płynęliśmy w sumie ponad dwa dni. Ja miałam chorobę morską, tak rzygałam, że nie mogłam w ogóle dojść do siebie. Jedna starsza kobieta zmarła na zawał. Zadeptali trzytygodniowe małe dziecko, ktoś mu stanął butem na klatce piersiowej. Pakowali ich do worków i wyrzucali do morza, bo upały były takie, że smród był nie do wytrzymania. Wszędzie szczury. Pamiętam, że byłam strasznie głodna, bo nie dali nam nic do jedzenia. Jedyne co, to roznieśli w takich małych kubeczkach bardzo mocną herbatę z cukrem i to tyle przez ponad dwa dni. Ludzie powoli zaczęli padać. To był jakiś odlot. Jeden chłopak chodził w te i wewte, gadał sam do siebie, zwyczajnie wariował. Nie było wiadomo ile to będzie trwało i co się z nami stanie. Leżałam pod koniec na linach, a tam było pełno tych szczurów. Nie była się w stanie od nich odgonić nawet. Latały po mnie całymi hordami. Nad ranem zobaczyłam światła portu. Byłam taka szczęśliwa. Zaczęłam się drzeć, ludzie bili brawo szczęśliwi, a tam pół dnia staliśmy w porcie, bo nas w ogóle nie chcieli wpuścić. Dziwne cyrki się działy. W końcu nas wypuścili stamtąd. Ja nie wiedziałam, gdzie jest reszta rodziny: mama, ojciec, Ahmed i Saba byli malutkimi szkrabami jeszcze.

Jak nas w końcu wypuścili, czterech wojskowych było przy wejściu, a sama kładka do tego portu była może szerokości dwóch metrów. Żadnych zabezpieczeń. Te dzieci to rzucali jak worki. Jakby któreś spadło do morza, to nawet nie miałby ich kto uratować. W końcu zobaczyłam moją rodzinę w komplecie.

Na statku było jakieś tysiąc ludzi. Powinien wziąć maksymalnie sto pięćdziesiąt. Jak zeszłam z pokładu, to nie mogłam złapać w ogóle równowagi. Prawie trzy w takich warunkach Chodziłam jak pijana. Padłam na płytę portu i nie mogłam się podnieść. Widziałam jak moja rodzina się wlecze, a ja cała obrzygana, podarta i na bosaka. Nikt nie miał nic do przebrania.

Wzięli nas do koszar francuskich, bo Djibouti, to była kiedyś kolonia francuska. W hangarach każdy miał łóżko. Przyjechał Newsweek i oczywiście pochwały dla ONZ-u, a tata wpadł w szał podszedł do tego dziennikarza i powiedział jakie warunki były na statku. W tych hangarach, w razie wojny można było przebywać tylko trzy dni, dłużej nie wolno. Przenieśli nas do takich mniejszych domków. Był tam polski wojskowy, który załatwił nam klimatyzowany pokój. W Djibouti siedzieliśmy ponad tydzień czekaliśmy na lot w kierunku Polski.

Tak trzeba było wracać do domu. Znalazł się samolot do Francji, lecieliśmy jedenaście godzin. We Francji czekaliśmy dwanaście godzin na lot do Warszawy. Byłam taka szczęśliwa, że jestem tu - w domu - w Lipnicy Wielkiej. Jednak po tym wszystkim ciężko było się wyzbierać. Po czterech miesiącach wróciliśmy do Jemenu. A tam masakra. Kraj w ruinie. Nasz dom jakimś cudem ocalał. Nawet nie był bardzo zniszczony. Słowem parę szyb wybitych. Ale jacyś ludzie zdążyli już postawić fundamenty na naszej działce, chcieli się wybudować. Potem nawet przyjechała bojówka, żeby tych fundamentów bronić. Nagle przyjechali z karabinami, ojciec był z nami w domu i awantura wielka. Zamknął bramę, a oni starali się ją sforsować. Jak ja to zobaczyłam wyleciałam tylnymi drzwiami przez podwórko, wydrapałam paznokciami dziurę w ziemi, przedostałam się przez siatkę, ale tak, że zdarłam całą sukienkę z pleców, pobiegłam do jego sąsiada Jusefa, który jest policjantem i powiedziałam mu co się dzieje. Za chwilę, jak partyzancka armia, przyjechali wszyscy koledzy taty. Wszyscy. Tamci czmychnęli, a oni zostali z tymi samochodami całą noc.

Wróciłam do szkoły, szyby powybijane, wszyscy smutni. Brakowało mi wielu kolegów, którzy zginęli, atmosfera była nieciekawa. Strasznie smutno było. Przez pierwsze parę miesięcy jakoś nie chciało się nam gadać, ale później wszystko wróciło do normy.

W Jemenie zostaliśmy jeszcze trzy lata. Urodził się mój najmłodszy brat – Jasiu. Jednak między rodzicami coś się popsuło – jak to w małżeństwie – i '98-mym wróciliśmy z mamą do Polski.

 

POLSKA

Przede wszystkim ja w Jemenie okrutnie do Polski tęskniłam. Bo ta tęsknota działa w obie strony. Jak przyjechałam, to poszłam odwiedzić wszystkich po kolei: moją ciocię, która umierała na raka, babcię Broncię, słowem do wszystkich kolegów, przyjaciół, po kolei. To była taka radość, że ja spać nie mogłam z wrażenia. Po jakimś czasie zdecydowaliśmy, że zostajemy, chciałam iść tu na studia, grać muzykę... Ciężko mi było okropnie, kurde. Tu się inaczej podchodzi do nauki. W Jemenie nie ma tępienia, nie ma zawiści, do nauczycieli się mówi ciociu albo wujku. Potrafili tam przekazywać wiedzę w taki sposób, że od razu wchodziła do głowy. Ale się tu przyłożyłam mocno, chodziłam na korepetycję i było dobrze. Maturę zdałam nieźle.

Kocham Lipnicę, to miejsce, to jest mój dom. Gdyby za tą górą (Rasm pokazuje za okno – przyp. autor) mieszkali moi dziadkowie z Jemenu, których bardzo kochałam, byłabym przeszczęśliwa. A tak to człowiek pozostaje rozdarty. Zawsze będę tęsknić. Zwłaszcza, że w Jemenie został mój dziadek, z którym byłam bardzo zżyta. On mnie Koranu nauczył, on mi tak naprawdę pokazał jaki jest ten czysty, prawdziwy Islam. To jest cudowna religia. Każdy przeinacza, a tam jest wszystko napisane, wystarczy zrozumieć.

Jednak na początku było mi bardzo ciężko. Bolało mnie strasznie co ludzie o mnie mówią. Niektórym przeszkadzał mój kolor skóry. Dostałam za to nie raz. Raz rozbito mi butelkę na głowie, a potem pobito ciężkim pasem. Jedni byli mi życzliwi, a drudzy wyzywali mnie i robili inne pierdoły. Na początku się tym przejmowałam, ale ja jestem silna psychicznie. Fakt przeżywałam to okropnie, ale nie pokazywałam tego po sobie. Bolało mnie też to co ludzie opowiadają. 99 procent z tych bredni, to były kłamstwa. Ludzie wymyślali historie niesamowite. Ale w końcu stwierdziłam, że ja to mam gdzieś. Ja wiem jak ja żyję i wiem, że nie muszę nic udowadniać. Ludzie zawsze gadają. Muszą. Muszą sobie życie urozmaicić, nie ważne czy to prawda, czy nie. Na swoje życie nie chcą patrzeć po prostu.

Kultura pieniądza zabiera nam to, co cenne, duszę, szacunek i ten proces będzie postępował, nie mam w związku z tym żadnych wątpliwości. Ja obserwuję jak się zmienia Polska pod tym względem. Jak tu przyjeżdżałam z Jemenu, to klimat był o wiele fajniejszy, naturalny, taki swojski, bezpieczny, spokojny. Natomiast jak przyjechałam wtedy, w '98-mym, było widać tak diametralne zmiany w zachowaniu ludzi, w myśleniu, w muzyce, w tym co się promuje – co to jest?! Ja jestem osoba wybuchową, wpadałam w szał i mówiłam różne rzeczy. Teraz przechodzę koło tego obojętnie, mam to gdzieś. Nie mam na to wpływu, a jedyny wpływ jaki mogę mieć, to tylko na swoją muzykę. Nie będę nauczać ludzi jak mają żyć. Oni sami wybierają swoją drogę, natomiast ja też mam prawo żyć tak jak ja chcę.

Tak sobie myślę, że gdyby nie muzyka i natura, pewnie byłabym psychicznym wrakiem.

Na początku mojej muzycznej drogi w Polsce zanosiłam kasety do takiego pana w Sączu, chyba nazywał się Kaczmarek i on mi robił podkłady muzyczne. Spraszałam znajomych, puszczałam podkłady i śpiewałam im całą imprezę. Ja tu, w Lipnicy, mam niezmienną paczkę ludzi. A w reszcie ludzi się nic nie zmieniło. Ktoś tam coś powie na boku, ale ja już tego nie słucham. Tak mi jest dobrze.

Potem miałam pierwszy zespół w Sączu: Kultura de Natura. To był niesamowity okres. Jak przyjechali trabantem po mnie: Grzesiu Buchcic (basista – przyp. autor), Bulu (perkusista – przyp. autor), wzięli mnie na pierwszą próbę, a już dwa dni później zagrałam z nimi pierwszy koncert w Czarnej Wdowie. (nieistniejący klub w Nowym Sączu – przyp. autor)

Poszłam na studia do Krakowa. Miałam bardzo ciężki okres, byłam totalnie zagubiona. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Ale było granie i to było najważniejsze. Muzyka wyciągnęła mnie z wielu opresji. Gdybym się tym nie zajmowała to ja nie wiem gdzie bym poszła.

Do własnego „głosu” dochodziłam malutkimi kroczkami. Dziesięć lat mi to zajęło. Pomału zbierałam doświadczenie. Nie mogłam przez długi czas zaakceptować swojego wokalu, cały czas chciałam być dobra, a mi to nie wychodziło i kiedy się ze sobą pogodziłam, zrozumiałam, że trzeba być ze sobą szczerym . Jakie mam melodie w głowie, tak to wszystko układam i tyle. Nie wstydzić się swoich emocji – tak sobie mówiłam.

Od razy chciałam mieć jak najwięcej kapel w tym Krakowie. Wtedy założyłam zespół Ando-Buscando. Zagraliśmy z nią dużo koncertów, na Malcie występowaliśmy przed Trans Global Underground. Było parę fajnych przygód. Wiesz, ja wskakuję na miejsce, nagrywam materiał i od razu szukam czegoś nowego. Miałam cały czas dwie, trzy kapele.

Grałam też recitale tylko z fortepianem. Potem przyszedł czas na Soomood. W trakcie tego wszystkiego zaczęłam nagrywać swoją płytę z Pawłem Mąciwodą ( basista grupy Scorpions – przyp. autor), później doszedł do nas wyśmienity muzyk Atma Amur na perkusji. Grał z Dawidem Bowie, setkami genialnych muzyków. W Londynie mówią o nim, że jest Jimmi Hendrix'em perkusji. On mówi mi, że dawno nie nagrywał z nikim takiej dobrej muzyki. W końcu mam perkusistę, który wie co to groove, a w Polsce to problem. Płyta jest jeszcze półproduktem, materiałem roboczym, choć nagrywamy ją już dwa lata. Człowiek musi pochodzić, poszukać, żeby w końcu nagrać coś bardzo dojrzałego. Moje marzenia, wszystko co kocham w muzyce znalazło się na tej płycie.

Zawieram tam wiele wspomnień, między innymi, o moich dziadku i babci z Jemenu. W kolejny utworze Child again, mówię, że chciałabym być znowu jak dziecko i przeżywać wszystko bardziej intensywnie niż teraz. Przeżyć coś mocniej, coś zapamiętać, być cała w tym przeżywaniu.

Szczerość, stawanie się jednym. Tak. To jest jedyny moment, w którym możesz osiągnąć prawdę. Na tym etapie jestem świadomym wykonawcą, twórcą. Wiem co robię i pierwszy raz jestem zadowolona z tego co robię. Akceptuje siebie, choć mam niską samoocenę, ale staram się przestać poniżać.

Miałam taki okres kiedy myślałam, że muzyka mnie zdradziła, odsunęła się ode mnie. Ten okres trwał cztery lata, nie nagrywałam, nie współpracowałam. Myślałam, że się wypaliłam. To był moment, kiedy zaczęłam nagrywać swoją płytę. Nagrywam ją dwa lata. Niech dojrzewa, pomalutku. Wszystko wróciło do normy.

Jestem tak spokojna o to co robię, tak tego pewna, że już nie muszę mieć akceptacji nikogo.

Każdy twórca tak ma, każdy. W ostatecznym rozrachunku zawsze jesteś sam, mimo, że towarzyszy ci tłum ludzi. Musisz być skupiony, żeby tworzyć, a ta samotność często pomaga. Oczywiście przychodzi też smutek, kiedy faktycznie robisz coś od serca, po czym zauważasz, że tak naprawdę dla nikogo to nie ma znaczenia czy robisz czy nie robisz. Jak robisz – to fajnie, jak nie – też. Smuci to czasami.

Mam wrażenie, że ludziom się po prostu nie chce przeżywać. Panuje duża ignorancja. Zależy to od tego jak ktoś wartościuje swoje życie. Jednemu zależy na tym, żeby się rozwijać duchowo, żeby żyć inaczej. Drugi, potrzebuje do życia prostych rzeczy: żeby dobrze zjeść i się dobrze wyspać i to wystarcza. To jest trochę jak z oglądaniem filmów: jeden ogląda ambitne kino, a inny wraca zmęczony i ogląda coś łatwego, żeby broń Boże, nie musiał nad tym myśleć.

Twórcy są według mnie masochistami. Lubią pocierpieć czasami, tak za miliony.

Ja się czuję spokojna. Żyję blisko ziemi zawsze to szanowałam. W Jemenie byłam wychowywana w tradycyjny sposób i czuję się tradycjonalistką. Tego zdecydowanie brakuje, dlatego ludzie się rozleniwiają. Ja nie potrzebuje dużo. Mogłabym mieszkać w Krakowie i grać po knajpach, ale wiem, że pewnie nie przeżyłabym tam roku, zniszczyłabym się psychicznie. Ja muszę widzieć te drzewa, ja muszę przejść po tych polach i mieć tę naturę, która daje mi siłę i mam głęboko w dupie co oni tam wyprawiają.

Żeby było jasne, ja tu mówię o zdrowym tradycjonalizmie. Nie o betonie, który wiąże się z religią i jej pojmowaniem wszystkiego na opak. Ja mówię tu o szacunku do tradycji, która przetrwała tyle lat, jest tak silna. Dlaczego mam to negować i stawać się inna osobą tylko dlatego, że tak jest teraz modnie, bo trzeba iść z nurtem czasu. Ja się pytam: dlaczego?

Nie zgadzam się z tym kompletnie, dlatego idę w swoją stronę, nie na zasadzie buntu przeciwko komercji, ale na zasadzie słuchania własnego serca. Ja po prostu tak czuję i tak robię. Nic na siłę. Dobrze mi się z tym żyje. Mam swoją muzykę. Poznaje fajnych ludzi, pięknych artystów. To jest najważniejsze. Grać z nimi, tworzyć prawdę. Tylko to się liczy.

Lipnica Wielka 6 lipiec 2010

Komentarze 

 
#1 Ewa 2010-08-22 00:44
Jestes swietna!!! Wlasnie wysluchalam Cie w radiu i dowiedzialam sie o Twoim istnieniu.
Piosenka - tytulu nie znam, ale akompaniament, to byla chyba tylko gitara i Twój glos wypelniajacy cisze - to jest genialne!!!
Cytować
 
 
#2 Aneta 2011-02-18 11:57
Jestes osoba, ktorej sie nie zapomina.Bylam na kilku Waszych koncertach w Krakowie, absolutnie zmagnetyzowanyc h Twoja osoba. Artykul przeczytalam jednym tchem...Mam nadzieje, ze tworzenie muzyki bedzie zawsze Twoja radoscia.Pozdrawiam serdecznie i czekam na album:)
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Kultowy Kalambur - poczytaj!

Warto wiedzieć:

Kalambur posiada swój własny internetowy hot-spot. Jeśli więc posiadasz laptopa, palmtopa, lub inne urządzenie obsługujące standard Wi-Fi, możesz śmiało przetrząsać zasoby internetu w kawiarni.